|
Wykręciła mi się z pewnego narzędzia elektrycznego i zginęła
ważna śrubka bez której urządzenie nie może pracować w sposób
sensowny. Zacząłem jej więc szukać, odwiedzając kolejno liczne
teraz luksusowe sklepy z "elektronarzędziami" (taką
nazwę wyczytałem na szyldach). Proponowano mi podobne, o parę
generacji nowocześniejsze rzeczy, albo nawet dokładnie takie
jak moje - tyle że w całości. A ja całości przecież nie zgubiłem,
tylko jedną śrubkę.
Snułem więc rozważania, jak bardzo naszemu rynkowi daleko jeszcze
do rynku normalnego, gdzie zawsze można znaleźć części zamienne
do urządzeń znajdujących się w sprzedaży; są tam nawet przepisy
nakazujące producentom wytwarzać przez określoną liczbę lat
części do maszyn, które produkować przestali. Musi więc być
i ktoś, kto przestrzegania takich przepisów pilnuje, co już
w ogóle w głowie się nie mieści.
Z ponurych myśli wyrwała mnie wiadomość, że na peryferiach Stolicy
znajduje się hurtownia, gdzie mają takie rzeczy jak ta, której
szukam. Pojechałem - i była to wyprawa po wielką dawkę optymizmu.
Śrubki nie mieli, ale ją dorobili - dla mnie, i parę na zapas,
wychodząc z założenia, że mogą się jeszcze trafić inni, co rzecz
zgubili. Na tym jednak nie koniec: rozejrzałem się po okolicy.
Znałem to miejsce. Były tu kiedyś pola, pasły się kozy, rosła
przy szosie kapusta. Widzę, że pola pokryły się zabudowaniami,
nie są to podmiejskie wille, lecz hale przemysłowe, magazyny,
a nawet całe zakłady o solidnym wyglądzie, z parkingami. W budowie
- wielki biurowiec międzynarodowej firmy fonograficznej, co
znaczy, że jej wyroby pojawią się u nas w ilości większej niż
dotąd.
W krajach takich jak Szwecja czy Francja imponowały mi zawsze
nie tyle główne ulice w wielkich miastach, lecz to, co oglądamy
jadąc przez przedmieścia lub zbliżając się do nich: kilometry
kwadratowe zabudowań o najrozmaitszym kształcie i charakterze,
wielkie proste bloki lub rotundy opatrzone technicznie brzmiącymi
nazwami firm, rzędy ogromnych ciężarówek i maszyn, dźwigi poruszające
się powoli. To wiecznie ruchliwe, niezmiennie pracowite, rozrastające
się zaplecze państw dobrobytu.
Otóż coś takiego powstaje wokół Warszawy i innych miast. Nie
dominują już tutaj warsztaty blacharskie, zakłady naprawiania
pomp lub bieżnikowania starych opon. Oglądamy hurtownie materiałów
budowlanych, gdzie wreszcie te materiały są; nowe stacje benzynowe
ze sklepami; rzędy kolorowych hal o najrozmaitszym przeznaczeniu.
|
|
W miejscu po kozach i kapuście uwijają się wózki i ładują
na platformy palety z jakimiś kartonami; robotnicy w kolorowych
kaskach wlewają do szalunków beton z ogromnej gruszki. Część
tej krzątaniny tonie w błocie (gminy mogą - jak się dowiedziałem
- wzięte z podatku fundusze na naprawę dróg wykorzystać według
własnego pomysłu). Jednak przy wielu zakładach teren jest dokładnie
uporządkowany, elegancko ogrodzony, żywopłoty, jedne aleje pokryte
asfaltem, inne żwirem. Czuje się dbałość o budzący zaufanie
standard.
Tak rośnie w naszym krajobrazie gospodarność dnia powszedniego
- barwna i solidarna zarazem, najwyraźniej nie obliczona na
butikowy efekt. Nie sądzę, by to właśnie była sceneria afer:
zwykle, gdy aferzystów złapią i pokazują w telewizji ślady ich
działalności, okazuje się, że miliardy przemyconych papierosów
i hektolitry whisky z fabryki i spirytusu preparowano w garażu
lub w czymś takim.
To nie jest również zewnętrzny szyk kapitalizmu - jak czerwone
szelki maklerów giełdowych, salony automobilowe, przyjęcia w
Marriocie. Tutaj, na dalekich przedmieściach, po prostu się
pracuje, buduje infrastrukturę rynku.
Przyjemnie popatrzeć. Dobrze też uświadomić sobie, że tutaj
właśnie, w rytmie tej krzątaniny, tworzą się podstawy
społeczeństwa, w którym wymienialna złotówka będzie już rzeczą
zwykłą i pewną, a nie cudem, co może zniknąć lada moment. Dobrze
popatrzeć na ludzi, którzy najwyraźniej mają mnóstwo do roboty
i ani chwili czasu na rozstrząsanie krzywd czy spisywanie postulatów;
którym nie przyjdzie do głowy oskarżać się o rujnowanie tych,
co akurat coś budują. Być może to przesadny optymizm, lecz widok
tego, co dzieje się na miejscu przeznaczonym dawniej dla kóz
i kapusty, pozwala mi żywić przekonanie, że przyszłość naszego
kraju nie całkiem jednak leży w rękach pomstujących bezrobotnych,
polityków i rencistów. Istnieje mnóstwo ludzi, którzy jakoś
przetrzymali zarówno hasło "Polska ginie!", jak "Tak
dalej być nie musi!" czy (ostatnio) "Polska stanie!".
Którzy w swoim prozaicznym (a także śmiem twierdzić - wspólnym)
interesie stawiają ściany, przenoszą skrzynie, dorabiają śrubki
- sprawiają, że wszystko jakoś się kręci.
Pytanie: dlaczego właśnie tacy ludzie mają jak dotąd w życiu
publicznym znacznie mniej do powiedzenia niż spisywacze postulatów
wobec losu i rządu - pozostawiam otwarte. Pewnie nie mają czasu,
bo pracują.
Cała nadzieja, że nic ich pracy w sposób zasadniczy nie zagrozi.
|